DEOTYMA - JADWIGA ŁUSZCZEWSKA (1834-1908)
Pamiętnik Deotymy
[10 sierpnia]
...
Ledwie słońce nieco wyżej weszło, mgła z szybkością ludzkich marzeń zaczęła rozdzierać, topnieć i opadać i pół godziny nie minęło, a już nie było po niej znaku. Teraz wzgórza śpiewały, szumiały, pachniały, a Bałtyk palił się w słońcu jak czasza z lazuru żywym srebrem nalana.
[Polanki, Dwór II]
Pod górami ujrzeliśmy pyszny gmach bielejący wśród gajów: jest to zakład dobroczynny dla starców i kalek. Trudno było piękniej życie im ustroić i rozliczniejszymi pociechami złagodzić; mieszkają w pałacu, przechadzają się po wonnych wzgórzach i ze szczytów ich mogą pić morski balsam.
[Oliwa]
Wkrótce wśród gąszczów najstaranniejszej zieloności ujrzeliśmy szereg wiosek, zabudowań i ogrodów, ciągnących się szeroką wstęgą od gór do Bałtyku; droga tę wstęgę przerzyna. W przejeździe błysły nam łukowe zakończenia jakichś olbrzymich szpalerów, a pod wzgórzami, w prawdziwym puchu gęstwiny, strzelały jakichś wież iglice. Te wszystkie wioski, szpalery, dworki, wieże, ten cały ogród cichy objęty warownią z roślinności, to była Oliwa.
[Hochwasser]
Minąwszy owo siedlisko miru, które jednak tyle krwawych dni widzaiło, wyjechaliśmy znowu na otwartą drogę. Coraz bliższe morze i coraz bliższe góry.
Już mignęła kosztowna willa [Henryka Teodora] Behrenda, bogatego przemysłowca z Gdańska. Ogród dotąd zbyt młody i pałacyk bez piękności kształtów, ale ubranie go w śnieżną basztę, w spiętrzone tarasy i wodotryski z łabędziami przedstawia się z dala jak senna ponęta.
...
[Oliwa]
Dziś już nie ma cystersów o białych, powłóczystych szatach, którym było tak pieknie przechadzać się po ogrodzie tutejszym, dziele, a raczej arcydziele ich troskliwości i sztuki. Któż nie słyszał o dziwach oliwskiego ogrodu?
Dzieli się on na trzy części, które można by nazwać francuską, angielską i dziką. Ta ostatnia jest to las samorodny, zostawiony w puszczowej pierwotności; tylko drożyny w niej wycięto. Miło widzieć, że ci, co umieli tak sztucznie nakłaniać naturę do kształtów swej wyobraźni, umieli także cenić i szanować jej swobodną bujność.
[...]
Kwiaty gęste jakby wzory jednej tkaniny rosną w kule, w piramidy i namioty; a co za kwiaty! Dochodzą do bajecznych rozmiarów i farb. Różne trawki, nikłe jak sieć pajęcza, kiwają się i piętrzą pagodami z puchu; woń daje zupełny zawrót.
Z wirydarza droga skręca się na lewo i ... kto tu nie wyda wykrzyku zdumienia, tego nic już zdziwić nie zdoła.
Wystawcie sobie dwa mury z żyjącego malachitu, gładkie, prostopadłe, na czterdzieści dwie stóp wysokie - to sławne oliwskie szpalery.
Na końcu tej cudownej alei płynie morze.
Jak to? Wszak morze o pół mili odległe od Oliwy?
Otóż w tym leży największa sztuka i zakonnicy dowiedli tu głębokiej znajomości optycznych złudzeń, bo cała owa bliskość morza jest złudzeniem.
Za szpalerami przeprowadzono kanał po brzeg pełen wody; za kanałem wybudowano wał. Pochyłość półmilowej równiny spadającej ku morzu sprawia, że wał całą równinę zasłania i Bałtyk dla oka łączy się bezpośrednio z kanałem, przedzielony tylko taśma wału, który wygląda jak wąziuchna kładka.
Pamiętnik Deotymy
[w:] Biblioteka Warszawska R. 70, t. III, s. 230-261; 496-520 oraz T. IV, s. 55-75; 267-284.
[za:]
IRENA FABIANI-MADEYSKA, ODWIEDZINY GDAŃSKA W XIX WIEKU
Z relacji polskich zebrała Irena Fabiani-Madeyska
Gdańskie Towarzystwo Naukowe Gdańsk 1957
s. 201-202; 207-208
|