www.trojmiasto.pl

Oliwskie wspomnienia Joanny Schopenhauer

Oliwa

Joanna Schopenhauer
Joanna Schopenhauer
1835 r.

JOANNA SCHOPENHAUER (1766-1838; pamiętniki od 1792)
GDAŃSKIE WSPOMNIENIA MŁODOŚCI
(Jugendleben und Wanderbilder)
Wrocław 1959


[...] Z siedmiu domów wiejskich, położonych niewymownie pięknie między Strzyżą a Oliwą [zobacz: Dwory przy Polankach], sześć, a między nimi wspomniany właśnie jako nasza własność, rozpadły się opuszczone i samotne. W pewnej odległości od siebie zbudowane, stykały się ogrodami, nieraz bardzo okazałymi, ocienionymi wspaniałymi bukami i jaworami, opierając się o wyżynę tworzącą krawędź lasu ciągnącego się w głąb ziemi kaszubskiej.

Pole i las, półwysep Hel ze swą latarnią morską, otwarte morze, reda z płynącymi z niebieskiej dali okrętami, port - upragniony cel, stojący dla nich otworem, Wisła uchodząca do Bałtyku z twierdzą Wisłoujściem na jej brzegu, cała bogato zabudowana okolica, ponad wysokie wały miejskie jeszcze wyżej strzelające wieże – wszystko to z okien tych nieco na wyniosłości postawionych domów tworzyło jeden z najbogatszych i najbardziej zachwycających widoków, jakie znam. Wszystkie te domy należały do rodzin wyróżniających się bogactwem i były zamieszkiwane przez nie w letnich miesiącach.

Każdy starał się polecanych mu podróżnych wprowadzić do tych ogrodów, na co gościnni właściciele nader chętnie pozwalali. Nikt, zwłaszcza w niedzielę, nie przeszedł obok, aby przynajmniej kilka minut nie przyglądać się igraszce chyżych i pełnych życia wodotrysków, z których wiele rzucało obfity strumień wody na sześćdziesiąt do siedemdziesiąt stóp ku niebu, ażeby piękną tęczą, zamienioną w rubiny i diamenty, opaść z powrotem do swego zbiornika.

Ciche, opustoszałe, na powolne zniszczenie wydane, stoją obecnie tak niegdyś miłe wiejskie domy. Chwasty i pokrzywy rozpierają się na ogrodowych ścieżkach; wielką ich ozdobę, stare wspaniałe drzewa, w większej części powycinano lub wyniszczono. Zamilkł miły plusk i szmer wodotrysków. Przewody i wodociągi rozbite, a miejsca po nich zabagnione.

Dwór III
Dwór Schopenhauerów

[...]
Największy z tych letnich domów, rodzaj zameczku [Dwór II], obecnie zamieniają, jak słyszę, na zakład dobroczynny dla starców, chorych i ułomnych. Ostatni z rzędu siedmiu domów, znacznie piękniej położony niż inne [Dwór I], blisko wsi Oliwy, jest jedynym utrzymywanym jeszcze przez właściciela [Weickmann], który dogląda posiadłości odziedziczonej po rodzicach wedle ich życzeń i zarządza nią, mieszkając tam w czasie pięknej pory roku.

Nasz dawny dom [Dwór III], wyróżniający się tarasowym rozplanowaniem ogrodu i wodotryskami, dzieli dolę innych. Obecny jego właściciel [Meyer] mieszka w oddalonym mieście Kłajpedzie i nieraz kilka lat minie, zanim go kiedyś na kilka tygodni odwiedzi. Ogród założony według mego pomysłu, górę w tarasowatym układzie, którą mój mąż kazał obsadzić doskonałymi gatunkami drzew owocowych, wszystko pokrywają dziś pokrzywy i dzikie chwasty.
[... s. 160-161]


Nasze sąsiedztwo tymczasem zyskało znacznie w osobie następcy niedawno zmarłego opata [Jacka Rybińskiego, zmarł w 1782 roku]. Na miejsce owego pobożnego staruszka, który jako urodzony Polak znał jedynie mowę swego ojczystego kraju [?], żył w klasztornym odosobnieniu i nie brał udziału w tym, co się na świecie działo, mianował król pruski księcia biskupa z Warmii, z domu Hohenzollernów [Karl von Hohenzollern-Hechingen]. Przedtem wojskowy, o ile się nie mylę pułkownik w służbie francuskiej, przy zbliżającym się wieczorze życia zamienił rycerski miecz na duchowny pastorał i wybrał pobyt w Oliwie ponad duchowny blask swego biskupstwa, aby w wiejskim odosobnieniu cieszyć się ostatnimi promieniami chylącego się ku zachodowi życia.

Bez ujmy dla swej wysokiej duchownej godności pozostał książę biskup, w najczystszym tego słowa znaczeniu, zadowolonym z życia światowcem, zachowującym wytworne towarzyskie zwyczaje. Wyjeżdżał wprawdzie chętnie, aby uniknąć męczącej uroczystości procesji Bożego Ciała, a trzy kazania, które był zobowiązany wygłosić, były z roku na rok odkładane, aż jego własny zegar doszedł kresu [zmarł w 1803 roku], ale był przy tym dobroczynny, uważający i troskliwy wobec ubogich i poddanych i za to ogólnie czczony i lubiany. Wesoły i niewymagający z natury, był dla swych sąsiadów w Oliwie zawsze pożądanym gościem. Spieszyli też do niego młodzi i starzy, gdy z dala spostrzegli jego księżowską perukę, długi, fioletowy płaszcz i fioletowe pończochy. Jako biskup był zwolniony od noszenia zakonnego habitu.

Wprawdzie powtarzał znacznie częściej, niż to było potrzeba: - mon cousin le Roi - ale któż by mógł brać za złe temu przyjacielskiemu człowiekowi tak drobną słabostkę! Jego wielkie zamiłowanie do ogrodownictwa, a zwłaszcza uszlachetniania hodowli drzew owocowych, wprowadziło prawdziwie przyjacielskie porozumienie między nim a moim mężem. Ja natomiast miałam wielką uciechę z powodu wspaniałych kwiatów, a zwłaszcza olbrzymich goździków, jakie hodował i jakich nigdy później tak pięknych nie spotykałam. Plan i ozdobność jego wielkiego ogrodu były wprawdzie barokowe i dziś mogłyby się wydawać śmiesznie, jednak był to tylko nieco przeciążony, w Niemczech dosyć ogólnie rozpowszechniony styl owych czasów, zwany angielskim. Gdzie tylko znalazło się jakieś odpowiednie miejsce, dawano poetyckie napisy, aby od razu pouczyć przechodzących, co mają odczuwać. Biskup z właściwą sobie dobrodusznością chętnie pozwalał na wstęp do swego ogrodu i cieszył się, gdy widział, że w niedziele i święta jest licznie uczęszczany. Roiło się też w takie dni od odwiedzających, którzy zajmowali się tutaj odczytywaniem przedłożonych im napisów, zapominając o otaczających ich wspaniałościach przyrody.

Plan parku z 1792
Plan parku w Oliwie
1792 r.

Zgoła inne jeszcze osobliwości wcisnęły się do wnętrza tego dawniej francuskiego, a teraz na modłę niby angielską urządzonego ogrodu. Straszliwe chińskie I indyjskie bożki wyszczerzały twarze ku przechodniom z różanych altan. Groźne niedźwiedzie z drzewa, pomalowane na kolor naturalny, wdrapywały się na pnie starych drzew. Małpy, wiewiórki, papugi - wszystko z tej samej wytwórni - siedziały na gałęziach. Nie brakło lwów i tygrysów, jak gdyby w zamiarze przedstawienia tu plastycznie, w ogromnych wymiarach całej historii naturalnej Raffa. A przecież na ironię w słowach nie można było sobie tu pozwolić, choć trudno było przy tym sobie odmówić niedostrzegalnego uśmieszku. Ale właściciel i wynalazca tych osobliwości znajdował w tym sam tyle czysto dziecięcej radości, tak stale się trudził o przyjemność innych, zupełnie mu nie znanych ludzi, że byłoby barbarzyństwem tę jego przyjemność niszczyć ostrą krytyką.

Aleja widokowa
Aleja z widokiem na morze

Jedyna w swoim rodzaju aleja ze strzyżonego żywopłotu, wyrosła do zawrotnej wysokości, jakiej nigdzie indziej nie spotkałam, odróżniała ten ogród od innych jemu podobnych. Najwspanialsze rokoko, jakie sobie można tylko wyobrazić. Niechby teraz, gdy klasztor w Oliwie opustoszał po śmierci ostatniego zakonnika, dobry duch miejscowy odegnał stamtąd wicher i mróz i nigdy nie dopuścił, by zabójcza siekiera zbliżyła się do niej. Zachowując najidealniejszy stosunek szerokości do zadziwiającej wysokości zielonych, liściastych ścian, aleja ta, biegnąca od ogrodowego frontu pałacu, przecina nie tylko całą długość ogrodu, ale sięga przynajmniej o jedną godzinę spaceru dalej, dobiegając do dalekiego wybrzeża Bałtyku, i ciemnoniebieskie fale stanowią jej granicę. Tak się wydaje omamionemu oku przez optyczną sztukę, a to złudzenie nie znika, aż nie dojdzie się wzdłuż alei do właściwej, przez szeroki nasyp utworzonej granicy. Znaczny kawał pola dzielący aleję od leżącego naprzeciwko niej sosnowego lasu, jak też i nie mniejszy po drugiej stronie między nim a brzegiem morza umyka zupełnie przez umiejętne obliczenie perspektywy w ten sposób, aby przecięty w tym miejscu las tworzył nieprzerwaną dalszą część alei bukowej, a Bałtyk jak by rzeczywiście był tej alei ostateczną granicą.
(s. 247-250)

Przekład Tadeusz Kruszyński


www.trojmiasto.pl
do góry
Autor: Adam Kromer
(Zapraszam też na moją stronę poświęconą heraldyce)